
Jazda z dozwoloną prędkością to jeden z najprostszych sposobów na ograniczenie emisji dwutlenku węgla.

Naukowcy z Uniwersytetu w Minnesocie przeanalizowali ponad 120 mln rzeczywistych przejazdów w Stanach Zjednoczonych i wykazali, że gdyby wszyscy kierowcy samochodów spalinowych przestrzegali limitów, kraj mógłby codziennie unikać około 57 tys. ton CO2. Odpowiada to wycofaniu z dróg 5,5 mln aut osobowych.
Koszt czasowy takiej zmiany jest zaskakująco mały. Przy typowej dziennej odległości 46 km średni przejazd wydłużyłby się zaledwie o 54 sekundy. Mimo to w ponad 43 proc. analizowanych podróży kierowcy przekraczali dozwoloną prędkość, a skala tego zjawiska mocno różniła się w zależności od stanu, typu pojazdu i regionu. Pokazuje to, jak duży potencjał tkwi w zdejmowaniu nogi z gazu.

Przyczyna leży w fizyce. Opór powietrza rośnie wykładniczo wraz z prędkością, więc silnik musi spalić wyraźnie więcej paliwa, by jechać tylko trochę szybciej. Lekkie pojazdy - samochody osobowe, SUV-y i pickupy - odpowiadają za około 14,6 proc. całkowitego zużycia energii w USA.
Korzyści nie kończą się na klimacie. Ogólnokrajowe przestrzeganie limitów mogłoby oszczędzić kierowcom około 22 mln dolarów dziennie i 6,7 mln galonów paliwa. Efekt widać też w samochodach elektrycznych: w Kalifornii jeden dzień jazdy zgodnie z przepisami pozwoliłby zaoszczędzić około 195 megawatogodzin energii, czyli tyle, ile starczyłoby na zasilenie 82 aut elektrycznych przez cały rok.
Wnioski są takie, że nie trzeba nowych ustaw ani drogich technologii. Wystarczy lżejsza noga na gazie. Do argumentu klimatycznego i ekonomicznego dochodzi jeszcze bezpieczeństwo: niższa prędkość oznacza mniej wypadków. Mała, powtarzalna zmiana nawyku milionów kierowców może dać efekt większy niż wiele skomplikowanych rozwiązań. Droga do niższych emisji zaczyna się już za kierownicą. Nie tylko w Stanach Zjednoczonych.
Opracowanie: Przemysław Szubartowicz
Źródło: HappyEcoNews